Wzięło mnie na przemyślenia odnośnie do tego “zamachu” na wolność słowa w internecie. Wydaje mi się, że trzeba rozgraniczyć dwie sprawy. Jedna to rzeczywiście wolność słowa i swoboda wypowiedzi. Druga natomiast to przyjmowanie odpowiedzialności za swoje wypowiedzi.
Jakiś czas temu dość mocno wzrosły emocje, gdy były plany wprowadzenia obowiązku podpisania się swoim imieniem i nazwiskiem pod głoszonymi przez siebie treściami w internecie. Oczywiście uważam za głupotę projekt, w którym autorzy np. blogów podchodzą pod prawo prasowe, a zatem muszą mieć swojego redaktora naczelnego itd., jednak identyfikacja moim zdaniem jest konieczna.
Jest takie stare powiedzenie “Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego”, więc nie możemy bezkarnie wypisywać bredni pod czyimś adresem. To nie jest wolność słowa, tylko oszczerstwo. Dalej - istotą swobody wypowiedzi jest to, że możemy krytykować np. rząd, czy ogólne zjawiska polityczno-społeczne bez obawy jakichkolwiek konsekwencji. Nikt natomiast nie wspominał o tym, że autor nie powinien brać odpowiedzialności choćby moralnej za to, co wygłasza.
Jaka jest wartość Twojego słowa, jeśli boisz się przyznać, że masz takie zdanie… W czasach represji taką wolność słowa też mieliśmy - póki nie wiedzą, że to Ty wydrukowałeś, możesz napisać taką ulotkę, jaką sobie wymyślisz. Papier wszystko przyjmie. Ileż mniej byłoby tzw. trolli, gdyby każdy Twój post był opatrzony imieniem i nazwiskiem. Ileż ludzi by się zastanowiło przed wysłaniem swoich rewelacji, gdyby wiedziało że na znanym portalu zaraz pojawi się bzdura opatrzona podpisem.
Pozostaje zanucić
- First post
- Fuckin’ gay
- Second post
- go away…
Posted on 19 January 2010
Under: Uncategorized | No Comments »
Druga sprawa, nie związana z informatyką, dotyczy moich przemyśleń na temat obecnego stanu rzeczy i ogólnego fiaska demokracji, którą zabiła socjotechnika. Obecnie nie głosujemy na program, rzeczywiste działania, czy ludzi, na których wydaje nam się, że głosujemy… Głosujemy na tych, którzy lepiej nam wmówią, że to właśnie oni powinni rządzić krajem (de facto zarabiać pieniądze za występy publiczne). Przyszedł mi do głowy pewien ustrój, który niestety miałby sens tylko w momencie zrzeszenia się większej liczby krajów (na dobrą sprawę Unia Europejska dąży do takiego modelu). Otóż… Obecnie polityk zarabia tyle samo niezależnie od tego, czy wypełnia powierzoną mu przez naród misję, czy nie… w związku z tym wszystkie wysiłki może skupić na tym, by ponownie zostać wybranym. Niestety jak wspomniałem, obecnie nie decyduje o tym koncepcja władzy i jej wypełnianie, a dobra kampania wyborcza. Społeczeństwo jako masa niestety jest łatwe do manipulowania.
W tym miejscu pojawia się scena dla nowego ustroju - Korporacjonizmu, aczkolwiek w innym wydaniu, niż ten znany z historii, władza cechów itd.
Podstawowe założenia:
- Człowiek może przenieść się na teren dowolnej korporacji kiedy mu się to żywnie podoba (tak, jak teraz do innego kraju).
- Korporacjami rządzą zarządy, które dobierają się na zasadzie kompetencji. Im lepsi ludzie, tym więcej korporacja przynosi zysków, tym więcej do podziału w ekipie rządzącej.
- Korporacje muszą walczyć o to, by przyciągnąć mieszkańców innych korporacji poprzez dobrą organizację np. służby zdrowia, transportu, służby policyjnej, standardów prawnych itd.
- Istnieje instytucja ustalająca prawo międzykorporacyjne (np. właśnie dotyczące swobody podróży między korporacjami, lub dostępu do informacji porównawczych miedzy korporacjami i innych praw, które muszą być respektowane, a korporacje w pogoni za zyskiem mogłyby chcieć je ograniczyć)
Tyle w zasadzie podstawowych informacji. Moż napiszę jakiś referacik na ten temat, ale jest to zbyt rozległy temat na pojedynczego posta. Jednocześnie mam świadomość, że obecnie przywiązanie do tożsamości narodowej i wartości swobody wyboru w systemie demokratycznym, iż wszystkie próby wprowadzenia takiego ustroju władzy skończyłyby się fiaskiem.
Posted on 12 May 2009
Under: Uncategorized | 1 Comment »